Poranne wstawanie. Zosia, która zazwyczaj wstaje ciut przed siódmą i ignorowana przez rodziców, wykonuje tysiąc podchodów aby zwrócić na siebie uwagę, dziś wyjątkowo spała jak zabita. A akurat dziś trzeba był właśnie wstać wcześniej. Takie życie. Na szczęście Zośka ma rano cudny humor i nawet wybudzana otwiera oczy i uśmiecha się jednocześnie. Szybkie śniadanko i pakowanie (Zośka od kilku dni chodzi do przedszkola z dorosłą damską torebką, którą dostała od Mamy, przewiesza ją przez ramię i czuje się bardzo dorosła). Dziś kolejka Taty żeby odwieźć malucha. Po drodze zabawy w samochodzie “Kto pierwszy zobaczy….”. Zabawa troche naciągana, bo ten kto zadaje zagadkę zazwyczaj już widzi rzecz, którą wymienia, typu pies, motor. korona na autobusie, znak niebieski, żółty, jarzębina. Ale radocha wielka. Strasznie lubię te nasze wygłupy w samochodzie. Wczoraj (prowadziła Mama) bawiliśmy się w marudzenie. Zosia swoim cienkim głosikiem ciągle wołała “Tato! Tato!” Na co Tato Zosi odpowiadał piskliwym głosem odpowiadał “Co Zosiu!” I tak do bólu. Najbardziej cierpiała Mama Zosi, która w końcu (żeby uciszyć przynajmniej jedno z nas) zapchała Zośkę “Lubisiem” (działa). Oczywiście gadka-szmatka była taka, że to taki prezent niespodzianka za zjedzony obiad. A z obiadem to inna dłuuuuuuga historia.
Od kilku dni, po kawałku oglądamy wieczorem “Króla lwa”. To w ramach reminescencji Afrykańskich. I jakichś takich wspomnień z młodszej młodości. Gdy oglądałem “Króla lwa” poraz pierwszy marzyłem, żeby kiedyś obejrzeć ten film ze swoim dzieckiem. Marzenia się spełniają, chwila nieuwagi.
Poniedziałek rano. Zosia pełna energii. Tata Zosi mniej. Wszystko wraca pourlopowo do normy. Zosia do przedszkola, Tata i Mama Zosi do pracy. W poniedziałki maluchy mogą brać ze sobą zabawki do przedszkola, więc Zosia śmiga z hebanową żyrafą, prezentem z Afryki.
Oprócz żyrafy, których przywieźliśmy pół walizki ( bo były po prostu ładne, i chłopak kttóry je dłubał w buszu sprzedał je nam za grosze) Zosia dostała magiczne tabletki do kąpieli, rodem z Harrego Pottera. Wrzuca się je do ciepłej wody, czeka dwie trzy minuty i… z pastylki, maleńkiej jak proszek nasenny, wyskakuje na przykład lew. Powiem, że sami byliśmy pod wrażeniem. Ale kupując je na lotnisku w Johanesburgu baliśmy się z lekka, że to będzie jakaś ściema. A teraz żal, że wybraliśmy tylko malutkie opakowanie. Dokładnie rok temu, taki sam żal, gdy Zośka pokochała pałeczki do jedzenia dla dzieci, które Tata Zosi wynalazł w Singapurze. Strasznie lubię takie gadżety, ale zawsze się długo zastanawiam, czy dzieciaki też je chwycą. I czy prezent nie przestanie być atrakcyjny trzy minuty po wręczeniu.



































